Dostępne języki
![]()
Weterani Broadwayu, Nick Blaemire i Van Hughes, rozpoczynają swój spektakl, rzucając pluszowe psy do publiczności w stylu Oprah. „Jesteśmy Nick i Van i to my to napisaliśmy” – ogłaszają z radością.
To typowe dla anarchicznej energii, jaka przebiega przez Space Dogs, samoautorski musical Blaemire’a i Hughesa o Laice, moskiewskim kundelku, który w 1957 roku został pierwszym zwierzęciem na orbicie Ziemi. Udajemy się do odległego radzieckiego centrum kosmicznego w Kazachstanie, wyposażeni w prostolinijne pacynki psów, ścieżkę dźwiękową z ballad rockowych lat 80., zawierającą uroczo niezdarne teksty jak „wypełnij pustkę, której nie da się uniknąć”, oraz zestaw prostych, ręcznie robionych rekwizytów – Sputnik to błyszcząca dyskotekowa kula, wciągana na „orbitę” za pomocą bloczka.
Czasami całość nabiera punkowego klimatu szkolnej lekcji historii jak w Horrible Histories, gdzie Blaemire i Hughes wpychają jak najwięcej ciekawostek o wyścigu kosmicznym – w tym dziwne, powtarzające się stwierdzenie, że zimna wojna powstała głównie z powodu różnicy strat poniesionych w II wojnie światowej – jednocześnie często nas informując, że to w dużej mierze propaganda. Efekt jest mieszany: pytanie, czy ktoś ma pytania w połowie przedstawienia, może brzmieć nieco protekcjonalnie wobec głównie dorosłej widowni.
Ciekawszym wątkiem jest z kolei analiza postaci inżyniera rakietowego Siergieja Korolowa, znanego w spektaklu jedynie jako Główny Projektant, ponieważ jego nazwisko nie zostało ujawnione publicznie dopiero do czasu śmierci. Były ofiara stalinizmu Korolow, kreowany przez Hughesa, jest stale rozdarty między postępem naukowym a jego kosztami, a także darzy Laikę prawdziwą sympatią. Jego psychiczny załamanie w dalszej części sztuki wprowadza ją na bardziej złożone formalnie i emocjonalnie tory, jak gdyby Oppenheimer przyprowadził ukochanego zwierzaka do Los Alamos.
Space Dogs czasem sprawia wrażenie oglądania dwóch różnych przedstawień, ale twórcy zdołali wyważyć przyjazny rodzinie charakter z refleksją nad samymi psami. Laika i około 40 innych suczek zaangażowanych w radziecki program kosmiczny to komiczna odskocznia – tworzą „zdrową lesbijskość społeczność” w laboratorium, a sama Laika tęskni za prawdziwą rodziną, drapiąc „Drogi pamiętniku” – pełne egzystencjalnych przemyśleń – wpisy w ziemię swoimi łapami. W końcu nauczy się ufać Korolowowi, powoli stukając notatki na jego elektrycznej klawiaturze.
Jest coś uniwersalnie wzruszającego w tym, jak te psy doświadczają nieważkości po raz pierwszy i uświadamiają sobie wagę własnej ofiary. Imponujące, jak dużo patosu reżyser Will Blum potrafi wydobyć z przeciętnej pluszowej zabawki, a inwencja świetlna – latarki trzymane w ręku i tym podobne – wprowadza wizualne urozmaicenia w momentach, gdy scenariusz zwalnia.
Wszyscy wiemy, jak kończy się historia Laiki, w przegrzanej kapsule wysoko nad Ziemią, ale przedstawienie unika jasnego przyznania tego faktu. „Nie musimy mówić im wszystkiego” – szepczą Blaemire i Hughes, gorączkowo komentując wydarzenia. Więcej takiego napięcia między obiektywną prawdą a subiektywną interpretacją byłoby mile widziane i pozwoliłoby wynieść Space Dogs ponad hałaśliwą ciekawość klubów pozaszkolnych.
Space Dogs wystawiane jest w The Other Palace do 9 sierpnia
Fot. Alex Brenner