Dostępne języki
Są pewni dramaturdzy, którzy otwierają sztukę i zostawiają ją za sobą, podczas gdy inni nieustannie ją udoskonalają. Wendy WassersteinThe Playwright's Art: Conversations with Contemporary American Dramatists, stwierdziła, że ważne jest dla niej, by oddać sztukę do oceny komuś po napisaniu pierwszego szkicu, inaczej nigdy nie miałaby wystawionych sztuk, a jedynie „pięć sztuk, których nikt nigdy nie zobaczył, a które przerabiano dwadzieścia siedem razy”. Dlatego nie byłam zaskoczona, gdy usłyszałam, że zespół La Femme Theatre Productions pracował nad ośmioma różnymi wersjami "An American Daughter" na potrzeby off-Broadwayowskiego wznowienia tej sztuki przez tę organizację non-profit. Tym bardziej, że wiadomo było, że krytyczne przyjęcie krótkiego, brodwayowskiego wystawienia "An American Daughter" w 1997 roku bardzo ją zasmuciło.
„Trudno autorowi jednoznacznie określić, o czym jest jego sztuka” – wyjaśniła we wstępie do wydania sztuki przez Harcourt Brace & Company w 1998 roku. „Lepiej pozostawić to publiczności i krytykom teatralnym. Niektórzy krytycy uznali, że moja sztuka mówi o zbyt wielu sprawach. Czy dotyczy polityki? Czy jest atakiem na media? Czy jest o kobietach? Szczerze mówiąc, uważam, że największe wydarzenia w życiu człowieka rzadko dotyczą 'jednej rzeczy'.”
Zauważyła, że jedna z głównych krytyczek – Linda Winer – napisała pozytywną recenzję, jednak mężczyźni nie podzielali jej opinii: „Dla wielu kobiet 'An American Daughter' nie było o wszystkim naraz; było raczej o tej jednej rzeczy. Ale dla niektórych mężczyzn i wielu krytyków wyglądało to na wygłupy komediowej autorki próbującej znaleźć coś 'ważnego' do powiedzenia.”
„An American Daughter” była najbardziej otwarcie polityczną sztuką Wasserstein. Zainspirowana kandydatkami Clinton – Zoe Baird, Kimbą Wood i Lani Guinier – które wszystkie zrezygnowały po negatywnej publicznej krytyce, sztuka skupia się na dr Lyssie Dent Hughes, ekspertce ds. opieki zdrowotnej i córce długoletniego senatora USA, nominowanej na stanowisko chirurga generalnego. Wychodzą na jaw drobne niedoskonałości z przeszłości, media się tym interesują, a ona musi zdecydować, czy walczyć o nominację, czy wycofać się. Osobiste polityczne motywacje wchodzą w grę równie mocno jak partyjne, w sposób, jaki nie miałby miejsca, gdyby główną postacią był mężczyzna. To fabuła, którą chciałoby się uznać za przestarzałą po trzydziestu latach od napisania, ale niestety nie jest. Jednak „An American Daughter” rzadko jest wystawiana. (Mandy Greenfield, wtedy dyrektor artystyczna Williamstown Theatre Festival, mądrze zaprogramowała ją w 2016 roku, w czasie, gdy seksizm w polityce był na pierwszym planie, ale to ostatnia większa regionalna inscenizacja, jaką pamiętam.)
Chociaż La Femme Theatre Productions poświęcona jest opowiadaniu historii kobiet, nie od razu przyszło do głowy dyrektor wykonawczej Jean Lichty, że to sztuka, którą powinni wystawić. Po przegranej Kamali Harris chciała czegoś politycznego. Zorganizowała czytanie Camino Real Tennessee Williamsa, które ani nie zostało napisane przez kobietę, ani nie opowiada głównie o kobiecym doświadczeniu. (Chciała uczynić postać Kilroy kobiecą, ale członek rady doradczej Austin Pendleton to odrzucił). Następnie członek rady doradczej i prawnik Ben Feldman zasugerował „An American Daughter”. Lichty przeczytała wersję Harcourt Brace i chciała ją wystawić, ale radykalnie przekonała do tego zarząd dopiero po kilku czytaniach. Po drodze inni informowali ją, że Wasserstein nadal pracowała nad sztuką i powinna zbadać inne jej wersje.
Zgromadzono ostatecznie osiem wersji: przed-brodwayowską z warsztatów w Seattle (z Meryl Streep w roli głównej), wersję broadwayowską, wersję Dramatists Play Service, wersję Harcourt Brace, wersję z inscenizacji w 1998 roku w Chicago w Organic Theater Company, wersję z produkcji Long Wharf Theatre z 1999 roku, scenariusz telewizyjny z filmu Lifetime z 2000 roku oraz scenariusz z inscenizacji Arena Stage z 2003 roku. Dramaturg Jenny Lyn Bader, która kiedyś była asystentką Wasserstein, reżyserka inscenizacji chicagowskiej Ina Marlowe, nadzorca scenariusza Will DeVary (który również występuje w produkcji) oraz była dyrektorka artystyczna Arena Stage Molly Smith (która zarazem jest członkinią rady doradczej La Femme) pomogli zebrać wszystkie scenariusze.
„Uwielbiałam drugi akt wersji chicagowskiej, niektórzy nie uważają, że jest tak bardzo inny, ale ja uważam” – powiedziała Lichty, która także występuje w inscenizacji La Femme. „Kończy się on spotkaniem dwóch kobiet, dwójki najlepszych przyjaciółek – Judith i Lyssy. Podczas gdy w pozostałych wersjach tuż przed zakończeniem pojawia się jeden z mężczyzn – mąż albo ojciec.”
Lichty, DeVary i reżyserka Sarna Lapine wspólnie stworzyli ostateczny scenariusz produkcji. Pierwszy akt to głównie wersja broadwayowska, a drugi akt to przeważnie wersja chicagowska. Jednak zespół także go „zszywał”, wstawiając linijki z innych wersji lub przesuwając sceny zgodnie z ich występowaniem w innych wariantach. Spadkobiercy, z współwykonawcą testamentu Andre Bishopem jako osobą kontaktową, musieli zatwierdzić wszystkie zmiany. Przed rozpoczęciem prób zespół La Femme prowadził z nimi korespondencję. A podczas prób Bishop codziennie otrzymywał raporty, aby mógł szybko zatwierdzać lub odrzucać każde zmiany. Wszystko to słowa Wasserstein, po prostu, jak powiedziała Lichty, „zszyte trochę inaczej”.
„Moim zdaniem, a myślę, że Sarna się ze mną zgadza, z czasem Wendy starała się uczynić sztukę bardziej strawialną i nie tak otwarcie wyrażać swojego gniewu wobec traktowania zawodowych kobiet” – mówiła Lichty. „Wcześniejsze wersje nie ukrywają tego gniewu. Mają świetne rzemiosło Wendy, ale także jej złość.”
W trakcie procesu Lichty, która przyznała, że wcześniej niewiele wiedziała o twórczości Wasserstein, stała się jej dużą fanką, podkreślając celowość każdego zdania i nazywając Wasserstein „proroczą” i „bardzo mądrą”. Powiedziała, że nie rozumiała, dlaczego Wasserstein „popadła w niełaskę”. Bo przez długi czas była dramatopisarką, której przykład podnosiła niemal każda kobieta dramatopisarka. W przemówieniu po odbiorze Tony za "Liberation" Bess Wohl zwróciła uwagę, że była pierwszą amerykańską kobietą dramaturg, która w prawie 40 lat zdobyła nagrodę za najlepszą sztukę, a ostatnią była właśnie Wendy Wasserstein za jej genialną sztukę "Heidi Chronicles".
Wznowienie „Heidi” na Broadwayu jednak nie powiodło się, a nawet wcześniej zaczęto odczuwać, że twórczość Wasserstein się zestarzała. To wzmocniło wrażenie nowej produkcji i zmiany w regionalnych teatrach w całym kraju. Teatry, które zbudowały reputację na wystawieniach Wasserstein, zaczęły stawiać na nowe dzieła, przez co jej sztuki oglądało coraz mniej widzów. Lichty ma nadzieję, że jej wznowienie i wspomnienie Wohl przywrócą uwagę widzów do katalogu Wasserstein. (Szczególnie gotowa na wznowienie wydaje się „The Sisters Rosensweig”.)
Czy „An American Daughter” w końcu zyska aprobatę krytyczną, na którą Wasserstein tak bardzo liczyła? Wcześniejsze wersje tego nie dokonały. Niektóre inscenizacje zyskały większy szacunek niż broadwayowska, ale sztuka nigdy nie została w pełni zaakceptowana. Na przykład wystawienie na Arena Stage spotkało się z lekceważącą recenzją Petera Marksa w The Washington Post, która, jak mówi Lichty, bardzo ciążyła reżyserce Molly Smith i Wasserstein.
Jednak jest nadzieja na ten nowy spektakl. Ma z pewnością solidną obsadę. Oprócz Lichty i DeVary w obsadzie występują Montego Glover, Robert Sean Leonard, Dakin Matthews, Mary Beth Peil, Ryan Spahn, Chris Ghaffari i Carmen Zilles. Bilety sprzedają się bardzo dobrze, ale krytycy dopiero kilka tygodni po rozpoczęciu – premiera 11 sierpnia. (W obecnych czasach to bardzo nieprzewidywalne, kto i jakie spektakle zrecenzuje; warto jednak podkreślić, że obecnie jest więcej kobiet-krytyczek niż za czasów ostatniej obecności „An American Daughter” na scenie.)
Jest coś odpowiedniego w tym, że znana z poprawiania swoich dzieł autorka jest nadal poprawiana nawet po śmierci. Z pewnością doceniłaby dążenie do czegoś lepszego.
„Mam teorię na temat pisania do teatru” – napisała Wasserstein we wstępie do "American Daughter". „Jeśli celujesz w sześć i trafisz na sześć, to będzie w porządku. Jeśli celujesz w dziesięć, a trafisz w sześć lub nawet osiem, to i tak nie osiągniesz sukcesu. Ale ja wierzę, że celem pisania sztuk, albo uprawiania jakiejkolwiek formy sztuki, jest próbować za każdym razem zdobyć dziesięć.”
