Dostępne języki
Dla mężczyzny pewnego wieku, Leonard Bernstein’s jednoaktowa opera,
Podobnie jak ci dwaj mistrzowie psychologicznej nudy, Bernstein daje nam również odrobinę ulgi w postaci ostrej i zabawnej krytyki życia na przedmieściach, dźwiękowego odpowiednika Richarda Hamiltona’a Just what is it that makes today’s homes so different, so appealing? Kolaż ten powstał w 1956 roku, a opera została stworzona cztery lata wcześniej, ale tak głęboko diagnozuje i ukazuje anomię społeczno-życiową, że mogłaby powstać wczoraj. Tematy takie jak równowaga między pracą a życiem prywatnym, podział obowiązków przy opiece nad dziećmi, molestowanie seksualne w sytuacjach dużej nierówności władzy, a także – a może zwłaszcza – kluczowa rola szczerej, bezpośredniej komunikacji w budowaniu empatii, mieszczą się w tych 40 minutach. I wiele więcej, ale to wystarczy na teraz!
Byłoby to doskonałe przedstawienie teatralne, ale nie jest – to opera, wyposażona w olśniewający, jazzowy, zabarwiony score, który przy trzecim obejrzeniu produkcji faktycznie czułem, jak obnaża fabułę. Bernstein mógł pisać każdy rodzaj muzyki, lecz jego największym geniuszem było wsłanianie muzyki opowiadaniu historii, czy to na Broadwayu, w Hollywood, czy w nauczaniu dzieci o muzyce klasycznej.
To niemałe wyzwanie, by wszystko to zgrać, a zwłaszcza dla zespołu koncentrującego się na wschodzącej młodej kadrze – i co więcej, przy okazji debiutu pełnej inscenizacji opery.
Nigdy nie słyszałem tej partytury wykonanej lepiej, Lewis Gaston dyrygował orkiestrą Opera Prelude liczącą 16 muzyków, wyłapując wszystkie złośliwe kąśliwości, wzruszające momenty i melodyjną satyrę tkwiącą w muzyce. Jest to opera jednoaktowa, ale nie jest to produkcja butikowa i z pewnością domaga się powrotu do Opera Holland Park w przyszłym sezonie.
Clover Kayne, Alex Haigh i Khaled Issa wspaniale bawią się jako chór reklamowych piosenek radiowych, doskonale oddając pustkę powojennego konsumpcjonizmu z każdym produktem, który wychwalają, każdym domem, który twierdzą, że jest tak inny i tak atrakcyjny. Ich głosy bywają nieco przytłoczone przez orkiestrę, ale to wykonanie jednorazowe i jestem pewien, że można by to poprawić przy kolejnych przedstawieniach.
Ciężar historii spoczywa na dwóch znużonych, niemiłych małżonkach, którzy nadal są w wieku około 20-25 lat – pamiętajmy, że to lata 50.! Jack Holton mógłby wyjść prosto z wczesnego sezonu Mad Men (kostiumy Peiyao Wang są idealne) i jeśli brakuje mu niebezpiecznego uroku Don Drapera, to właśnie tak ma być. Alexandria Moon jest cudowna jako Dinah, jej gra aktorska fenomenalna w jej infantalizujących sukienkach lalki, a mezzosopran wypełnia przestrzeń, która może być wyzwaniem nawet dla doświadczonych artystów.
Ich spotkanie na ulicy, delikatnie wyreżyserowane przez Valerię Perboni, jest stonowane, ale wciąż miażdżące, gdy dwie osoby, które obudziły się razem i zaśną razem, kłamią bezczelnie, aby uniknąć spędzenia jakiegokolwiek czasu we własnym towarzystwie w ciągu dnia. Widzisz – przerażające!

Drugą produkcją jest inscenizacja Kurta Weilla’a baletu chanté The Seven Deadly Sins, z librettem Bertolta Brechta, śpiewana w oryginalnym niemieckim z 1933 roku ze wszystkimi implikacjami tej informacji.
Nie znałem szczegółów tego dzieła, a nawet tego gatunku, więc zajęło mi trochę czasu, by dostroić się do zastosowanych metod.
Główna bohaterka to dwie Anny. Same opisują się jako jedna osoba: rozsądna, ostrożna Anna I (Stepanie Wake-Edwards), która wykonuje większość partii śpiewanych; oraz roztrzepana, seksowna tancerka Anna II (Yanki Yau), która nie popełnia grzechów, ale cierpi z ich powodu w przejmującej inwersji Weilla. To nie tyle żartobliwe przewrotne potraktowanie jak u Williama Gilberta, ile brutalne potępienie świata, w którym góra jest dołem, a winny jest niewinny. Nie mogłem się powstrzymać, by nie pomyśleć o USA 2026.
To częściowo wywołane jest epizodyczną fabułą, która zabiera Anny do siedmiu amerykańskich miast, gdzie Anna II jest oskarżana o siedem grzechów głównych, które wszystkie popełniają jej oskarżyciele. Projekcje wideo (tak jak transparenty Brechta) informują nas o miastach i grzechach, ale są dość ciężkie do przeczytania i pojawiają się szybko w szybko toczącej się akcji.
Przez cały ten czas dysonansowa, ale nigdy nieśmiała partytura Weilla prowadzi nas nieco z boku, podczas gdy rodzina Anny czyta jej listy, osądza ją i wydaje przekazy pieniężne przeznaczone na dom nad Missisipi.
To dużo do przyswojenia (jest też kilka kroków baletu), czasem można się trochę pogubić, ale to nigdy nie jest mniej niż angażujące i wbija berchtowski palec w twoją pierś, żądając twojej odpowiedzi na to wszystko. Bo to dzieje się również teraz.
Tak więc to wieczór pełen zachwytów, w którym nie wszystko działa idealnie, ale działa tego wystarczająco wiele. Co czeka ten zespół dalej? Nie wiem, ale na pewno nie będzie nudno!
Zdjęcia: Julian Guidera