Dostępne języki

Zanim światła zgasną na zakończenie przedstawienia, ludzie wstają na nogi. Ogłuszające brawa wypełniają salę, która jeszcze chwilę wcześniej była pełna ledwo stłumionych szlochtów i pociągania nosem. Taka jest niezaprzeczalna moc uczuć, które siedzą w centrum nowego musicalu Pride, opartego na filmie z 2014 roku o tej samej nazwie.
Co niezwykłe, ta muzykalna adaptacja została stworzona przez tego samego reżysera i scenarzystę, co film: Matthew Warchus i Stevena Beresforda. Obaj śledzą niezwykłą prawdziwą historię Lesbians and Gays Support the Miners (LGSM), queerowej grupy fundraiserskiej z Londynu, oraz ich więzi z mieszkańcami walijskiej wioski górniczej – wszystko osadzone w latach 80-tych, w tle polityki thaczeryzmu oraz początku kryzysu AIDS.
Zdjęcie: Manuel Harlan
Oczekiwania wobec tego musicalu były od dawna wysokie, film stał się bowiem szeroko uwielbianą nowoczesną klasyką. Tutaj Warchus i Beresford pozostają wyjątkowo wierni swojemu scenariuszowi (jeśli coś działa, to się tego nie zmienia...) ale czerpią z bogatej queerowej historii teatru muzycznego, by na nowo wyobrazić i zreinterpretować tę historię z zabawczym okiem. Ta zmiana formy pozwala im wydobyć nowe momenty postaci i nowe możliwości dla komedii oraz emocji.
Chociaż jest wierny pierwowzorowi, to co wyróżnia przedstawienie na scenie od filmu, to niezaprzeczalny wpływ pełnej widowni. Ta opowieść o ludzkiej więzi staje się nieskończenie głębsza, gdy jest świadkiem obok grupy obcych, przypominając nam nie tylko o sile solidarności politycznej, ale także o inherentnej wartości teatru na żywo.
(Zdjęcie: Manuel Harlan)
Warchus wykorzystuje swoje dramatyczne umiejętności, aby uczynić teatr narzędziem opowiadania historii. Zespół LGSM staje się naszymi opowiadaczami, wchodząc w interakcję zarówno z przeszłością, jak i teraźniejszością w sposób, który na początku wydaje się nieco szokujący, ale z czasem staje się głęboko znaczący.
Prawdziwym triumfem tej teatralności jest jednak otwieracz drugiego aktu prowadzony przez Jonathana (Samuel Barnett). Spektakularne połączenie łamania czwartej ściany, smutnej introspekcji i czystego showbiznesu, jest doskonałym tego przykładem, czerpiąc z bogatej queerowej historii teatru muzycznego jako formy sztuki. Warchus wie, kiedy postawić na pełen blask, a kiedy wrócić do podstaw, co staje się definującym sukcesem przedstawienia.
Nigdzie nie widać tego bardziej niż w partyturze (autorek Christopher Nightingale, Josh Cohen i DJ Wade), która łączy pełne zapału numery MT z muzyką inspirowaną chórami z Południowej Walii. To mądry sposób na skontrastowanie tych dwóch bardzo różnych społeczności, prowadząc do chwil, które sięgają zenitu, gdy obie części łączą się. Należy stwierdzić, że jest tu przynajmniej kilka bardziej zapomnianych numerów muzycznych, które może mogłyby być wyobrażone odważniej. Tempo również jest może nieco nierównomierne - Akt 1 to doskonały, zabawny musical, chociaż trochę wolny, podczas gdy Akt 2 jest nieprzerwanie znakomity i zawiera większość najlepszych piosenek przedstawienia.
Zdjęcie: Manuel Harlan
Wiele z najbardziej niezapomnianych numerów muzycznych to te, które wykorzystują wagę całego zespołu, zarówno wokalnie, jak i wizualnie. Tak jest w przypadku wszystkich ikonicznych scen na linii pikiet oraz podczas parady dumy, a także podczas koncertu Pitts and Perverts. To nie znaczy, że nie ma cichych momentów, które się wyróżniają - zwłaszcza, gdy mowa o motywie „mum” używanym przez Lewisa Cornaya jako Bromley, a później powtarzanym w bardzo sprytny i poruszający sposób.
Pride jest przykładem dobrze przeprowadzonego castingu w teatrze muzycznym. Dyrektor castingu David Grindrod zgromadził utalentowaną obsadę głównie walijskich i/lub LGBTQ aktorów, a autentyczność jest zauważalna. Nie ma tu słabych ogniw, a prawie każdej postaci dano chwilę refleksji. Nie ma tu castingów celebrytów: tylko profesjonalni aktorzy na szczycie swojego rzemiosła.
Zdjęcie: Manuel Harlan
Wyjątkową rolą jest jednak Samuel Barnett jako Jonathan. Rozszerzony w porównaniu do filmu, z powodu jego naturalnej skłonności do teatru, emanuje znajomą retro kampa, dodając smaczki do momentów w tle. Jego numery muzyczne są znakomite i tak przyjemne do oglądania. Jak wiele postaci, zmaga się też z widmem AIDS, a ta delikatna równowaga jest dobrze odzwierciedlona.
Gwiazdy również pochodzą od Jhona Lumsdena jako rewolucyjnego Marka Ashtona, będącego pełnym młodzieńczej buntu silnym liderem. Bromley w wykonaniu Cornaya czaruje w Akcie 1, zanim ostatecznie zaśpiewa jedną z najbardziej ikonicznych piosenek przedstawienia. Szkoda, że Courtney Barnett jako samotna lesbijka Stef nie dostaje więcej do zrobienia (ani żadnych koleżanek lesbijek), ale dobrze sobie radzi.
Pride straciłoby wiele ze swojego serca bez wszystkich kobiet z doliny, które mają zabawną zbiorową piosenkę podczas swojej wielkiej nocy w Londynie. To, podobnie jak wiele innych momentów w przedstawieniu, jest tak przesycone radością, niespodziankami i komedią, że niemożliwe jest nie uśmiechać się przechodząc przez nie.
Zdjęcie: Manuel Harlan
Jednak historie z tak dużym ładunkiem emocjonalnym są delikatnym balansowaniem - w mniej kompetentnych rękach mogłyby stać się zbyt ckliwe lub przesadzone, starające się za wszelką cenę wzruszyć swoją publiczność. Na szczęście, poruszające momenty drugiego aktu są realizowane z szacunkiem i wrażliwością (co nie znaczy, że łzy nie płynęły).
Z pewnością można powiedzieć, że historia tak rewolucyjna jak ta (z Ashtonem, dumnym komunistą) zasługuje na bardziej eksperymentalną i radykalną adaptację. Chociaż jest tu coś, przedstawienie tej historii jako dostępnego, wypełnionego rozrywką musicalu, można powiedzieć, że jest bardziej radykalne - pokazuje, jak ta prawdziwa część brytyjskiej historii jest uniwersalnie ważna i trafia do znacznie szerszej publiczności, ostatecznie rozszerzywszy zasięg przesłania przedstawienia o solidarność.
W Wielkiej Brytanii, która jest bardziej podzielona niż kiedykolwiek, to przesłanie solidarności nie mogło nadejść w lepszym czasie. Pride wydaje się na progu bycia następną wielką rzeczą – a jak wspaniale, że następny wielki brytyjski musical jest tak dumnie i z zapałem queerowy i robotniczy.
Pride występuje w Teatrze Narodowym (Dorfman) do 12 września.
Zdjęcie: Manuel Harlan