Dostępne języki
Nie ma lepszego sposobu, aby wprowadzić rodzinę w cuda teatru na żywo niż magia, tajemnica i wspomnienia Kotów. To, co zaczęło się jako musical o kotach, po tym jak Andrew Lloyd Webber sięgnął po książkę poezji na lotniskowym stoisku, stało się jednym z najdłużej wystawianych spektakli w historii Broadwayu. Zdobywca siedmiu nagród Tony, w tym Najlepszego Musicalu, Koty zawiera 20 ponadczasowych melodii Andrew Lloyda Webbera, w tym przebój „Memory”.
Co krytycy sądzą o nowej produkcji Drew McOnie?
Koty grane są w Regent's Park Open Air Theatre do 19 września
Źródła zdjęć: Mark Senior
Louise Penn, BroadwayWorld: Nowy zespół kreatywny wprowadził jednak pewne zmiany, m.in. usunięto "Bitwę Pekesów i Pollicli", a „Macavity” i wstąpienie Grizabelli do warstwy Heavyside zostały wznowione w inny sposób. Na szczęście, Rum Tum Tugger (Jaydon Vijn) powraca jako seksowna gwiazda rocka, a nie raper, i zdecydowanie na tym zyskuje. Inne ikoniczne postacie – Jennyanydots (Charlotte Riby), Bustopher Jones (Elliot Broadfoot), Gus the Theatre Cat, przekrzywiony Macavity (Dianté Lodge), magiczny Mr Mistoffelees (Jet Yau) – są wspaniale sportretowane. Jenny i Bustopher są lekkie i zabawne, Gary Wilmot dodaje patosu i odwagi w roli starego kota, Macavity imponuje tanecznymi ruchami – z wyjątkiem potknięcia, które wyglądało na przypadkowe – a Mr Mistoffelees jest odpowiednio, cóż, magiczny.
James Hall, The Telegraph: Wróciwszy na scenę z prawdziwym podłożem futra, ten zrewitalizowany „Kot” naprawił część reputacyjnych szkód spowodowanych przez hollywoodzką pomyłkę. Reżyserowany przez Drew McOnie, dyrektora artystycznego Regent’s Park Open Air Theatre, który odpowiada również za cenioną produkcję „Jesus Christ Superstar” z Samem Ryderem, ten „Kot” skupia się mądrze na tańcu i mroku. I dobrze, bo największym problemem „Kotów”, niestety nie do rozwiązania, jest ich fabuła. A raczej jej brak.
Sarah Crompton, WhatsOnStage: Psotne Mungojerrie i Rumpleteazer, w wykonaniu Danny Nattrass i Briany Craig, to błyszczący, szybkonogie akrobaci; Bustopher Jones (Elliot Broadfoot), miłośnik jedzenia, ma pod satynową koszulą obręczową spódnicę okrągłości; Skimbleshanks – kot kolejowy w wykonaniu Matthew Caputo – ma pomarańczowy mundur z cekinami i prawdziwy pociąg. Najbardziej ekscytujący jest Jet Yau jako Mister Mistoffelees, który jest bezkostnym breakdancerem, stojącym na głowie i wyrzucającym fajerwerki w niebo, a Dianté Lodge jako Macavity podpala scenę prawdziwym ogniem.
Andrzej Łukowski, TimeOut: Tytułowe Jellicle Cats są zarazem znajome, jak i bardziej zmurszałe i mniej przytulne niż ich odpowiedniki z 1981 roku w legwarmers. Największa różnica między obiema inkarnacjami „Kotów” tkwi prawdopodobnie w choreografii – w oryginale (autorstwa Gillian Lynne) była ona wysoce energetyczna i aerobowa, a u McOnie jest bardziej wijąca się i nerwowa. Bardzo wymowne jest to, że jest on reżyserem i choreografem: choć nigdy nie jest choćby odrobinę wiarygodne, że oglądamy grupę prawdziwych kotów, to istnieje prawdziwa jedność między szczuplejszym, ostrzejszym wyglądem wykonawców a bardziej szczuplejszą, ostrzejszą choreografią.
Marianka Swain, London Theatre: Wirtuozowska choreografia Gillian Lynne była przełomowym momentem brytyjskiego musicalu. McOnie szanuje jej spuściznę, jednocześnie odnajdując własny świeży język: bardziej ziemisty, nasycony tańcem ulicznym, współczesnym, komercyjnym oraz akrobatyką, a także kocimi elementami, od falujących, pełzających ciał po tancerzy zwijających się w duży, śpiący stos. Co znamienne, jego zespół nosi ochraniacze na kolana zamiast legwarmers, a kostiumy bardziej przypominają stylowe ubrania do biegania, z zabawnymi dodatkami postaci, takimi jak płaskie czapki z uszami. Przez cały czas McOnie łączy wnikliwe detale z atletycznymi zespołowymi tableau.
Tom Wicker, The Stage: McOnie stawia przede wszystkim na spektakl, który polega tak samo na ruchu, jak i muzyce. On, Ebony Molina i Josh Baker tworzą gibką, zmysłową choreografię, dzięki której utalentowana obsada niemal zmiata scenę mruczeniem. Oczywiste koty i wąsy aż proszą się o karykaturę, ale kostiumy Sami Fendall są bardziej niechlujne i ziemiste, a scenografia – przypominająca żebra złomu wypływające z ziemi – jest atmosferycznie podkreślona światłem Jessici Hung Han Yan w otoczeniu drzew. To wizualna uczta z nutą dzikości, idealnie pasująca do ciemniejącego nieba teatru na świeżym powietrzu.
Donald Hutera, The Times: Partytura Lloyda Webbera, oscylująca między pop-rockiem z wpływami boogie i jazzu a pogodnymi numerami music hall, plus przejmująca, porywająca piosenka „Memory”, brzmi znakomicie. Praca Fendall, obejmująca kostiumy i peruki bawiące się szeroką gamą faktur, jest cudowna. Jednak to zwinni, gimnastyczni aktorzy-tancerze ukryci za puszystym, błyszczącym strojem i makijażem ożywiają akcję. Stanowią oni znakomity zespół. Dzięki nim i talentowi McOnie do teatralnego ruchu, ten musical jest nie tylko śpiewany, ale przede wszystkim tańczony.

Średnia ocena: 77,5%