Dostępne języki
Jest moment w TWO , kiedy można by usłyszeć spadający szpilkę: sympatyczny ścieżka dźwiękowa z lat 80. nagle wyłącza się, a za barem rozbija się szklanka. Nieznajomy powiedział coś nie na miejscu w pubie, grożąc ujawnieniem ukrytego pod powierzchnią trudnego do zniesienia bólu.
Ten moment ciszy świadczy o tym, jak ciepła i zapraszająca była dotychczas atmosfera w pubie Clock & Compass. Produkcja Jamesa Haddrella (która miała premierę w Greenwich Theatre w zeszłym roku) sztuki Jima Cartwrighta z 1989 roku ma niezwykłe wyczucie pubu jako instytucji. Większość widowni siedzi przy stolikach na scenie, obsada przemyka wokół, flirtując z bywalcami i mówiąc rzeczy w stylu „cholera, dzisiaj to już mu wystarczy”.
Peter Caulfield i Kellie Shirley jako małżeńscy właściciele pubu (którzy pozostają bezimienni) mają elektryzującą chemię, która zdaje się mówić o latach niedomówień. Podczas wydawania drinków i uszczypliwych uwag swoim klientom mają poczucie solidarności jako para, ale także melancholii, jakby ten pub był jedyną rzeczą, która pozwala im przetrwać.
Tekst Cartwrighta skupia się bardziej na mikrokosmosowych scenkach z życia brytyjskiej klasy robotniczej niż na jakimkolwiek szerszym łuku narracyjnym, więc wychodzimy z niej z większą ilością pytań niż odpowiedzi o właścicielach pubu. Jednak kiedy tragiczna prawda wychodzi na jaw – para przeżyła stratę siedem lat przed wydarzeniami w sztuce – aktorzy są absolutnie wiarygodni w swoich wybuchach żalu i chwiejnych krokach w stronę pojednania.
Chemia między Caulfieldem a Shirley wykazuje dużą elastyczność: to sztuka z tradycyjnym podejściem do wielu ról, gdzie aktorzy ciągle znikają za kulisami, aby założyć nowy płaszcz i brytyjski akcent regionalny, stając się jednym z klientów pubu. W czasie całego przedstawienia - które trwa bardzo zwięzłe 90 minut, w tym przerwa - przeobrażają się w parę w wirze przemocy emocjonalnej, inną zaręczającą się impulsywnie, a jeszcze inną na nowo znajdującą wspólny język w średnim wieku.
Wyzwanie w takiej sztuce, bez prawdziwej fabuły, polega na utrzymaniu impetu w wolniejszych scenkach. Nasi dwaj główni aktorzy błyszczą najjaśniej, gdy grają razem, więc niestety niektóre z ich indywidualnych monologów - stary mężczyzna w żałobie lub niezadowolona żona próbująca swoich sił z niepewnie szczęśliwymi widzami - wydają się nie na miejscu w produkcji, która zasadniczo koncentruje się na poczuciu wspólnoty i społeczności, a nie na wewnętrznych odczuciach. W końcu, to sztuka zatytułowana TWO, a nie ONE.
Produkcja Haddrella w pełni wykorzystuje znaczenie słowa „immersyjny” w każdym jego sensie i oferuje wizualną ucztę. Scenografia Jana Lakatosa cieszy się szczegółami klasycznego brytyjskiego pubu, jak tarcza do darta, tablica kredowa z rachunkami i ogłoszenia dla lokalnych sprzątaczy i klubów wspinaczkowych. Oświetlenie (również autorstwa Lakatosa) sprawia, że scenografia (i pub) wydaje się znacznie bardziej rozbudowana, niż początkowo się wydaje, nadając parze utknionej za barem jakość kina, przekaźnika sygnału.
Ani Cartwright, ani Haddrell nie mają tu wiele politycznego radykalizmu do powiedzenia, ale obaj są obsesyjni w swojej uwadze do szczegółów życia w pubie, a w ten sposób odkrywają wiele na temat ludzi, naszych relacji i ich słabości. Wznoszę toast za to.
Sztuka TWO grana jest w Park Theatre do 25 kwietnia
Kredyty fotograficzne: Ross Kernahan