Dostępne języki
Historia teatru muzycznego mogła wyglądać zupełnie inaczej. W 1943 roku, ‘sztuka z muzyką’ zatytułowana Dark of the Moon zaledwie o włos przegrała rywalizację o możliwość wystawienia w Connecticut, na rzecz klasyki definiującej gatunek, Oklahoma!. Teraz, po przekształceniu w musical, który zadebiutował w Kalifornii w 2023 roku, Dark of the Moon po raz pierwszy przybywa do Londynu.
Podobnie jak Oklahoma!, Dark of the Moon przepełniony jest toksyczną, rywalizującą męskością w brudnej rzeczywistości małego amerykańskiego miasteczka (z wyjątkiem Appalachów tym razem), a ostatecznie eskaluje do strzelaniny. W przeciwieństwie do Oklahoma!, to małe miasteczko ma jednak więcej niż tylko nutę nadprzyrodzoności.
Luźno oparty na szkockiej balladzie ludowej, musical opowiada o tragicznej miłości lokalnego niedopasowanego Barbara Allen (Lauren Jones) i tajemniczego Johna (Glenn Adamson), który nigdy nie czuł się do końca jak w domu w sabacie czarownic (wszystkich płci), do którego się urodził, ale zmaga się z gwałtowną ostracyzmą ze strony bojącego się Boga miasteczka Barbary. Książka autorstwa Jonathana Prince'a sugeruje coś w rodzaju medytacji nad śmiertelnością - John zawiera pakt faustowski z sabatem, w którym dostaje szansę na życie jako człowiek, pod warunkiem, że jeśli powróci do życia jako nieśmiertelna czarownica, Barbara umrze.
Charakteryzacja Barbary nie wykracza poza postać dziewczyny niedostatecznie zrozumianej przez swoją społeczność, z nieokreślonymi marzeniami o czymś większym (numer otwierający wydaje się być efektywnie przekopiowany z Pięknej i Bestii). Wskazówki dotyczące jej przeszłej rozwiązłości, które mogłyby dodać głębi i historii do jej charakteryzacji, pozostają frustrująco ulotne. Mimo to, Adamson i Jones swoimi bogatymi harmoniami wokalnymi oraz trującą chemią ożywiają zakazane, pełne napięcia romans Johna i Barbary, co z pewnością zaspokoi fanów romansów z elementami fantasy.
Biorąc pod uwagę pochodzenie historii w celtyckiej tradycji ludowej, szkoda, że partytura (napisana przez Lindy Robbins, Dave'a Bassetta i Steve'a Robsona) nie czerpie pełniej z tych tradycji, poza nawiedzonymi interludiami mandolinowymi wykonywanymi przez członkinię zespołu Kiah Lindsay. Niektóre piosenki pojawiające się później w spektaklu, szczególnie stonowane romantyczne duety między Johnem a Barbarą, mogłyby zyskać na oszczędnej orkiestracji, mniej opierającej się na instrumentach smyczkowych.
Znacznie bardziej udane są jednak numery inspirowane glam rockiem, przypisane chórzystkom trzech androgynicznych, seksualnie wyzywających czarownic (Al Knott, Appolilly Szwarc i Jordan Broatch). Trio wzywa Johna z powrotem do domu, obiecując mu trójkąty miłosne i hedonizm, a ich zwinna, zwierzęca choreografia, ugruntowana autorytatywnym występem wokalnym Josie Benson jako przerażającej liderki sabatu, przyciąga uwagę.
Czarownice to tylko jeden z elementów bogatego wizualnego świata tej produkcji, reżyserowanej przez Georgie Rankcom. Ubrane w cieliste body i postrzępione siatkowe spódnice, czają się w rafach sceny Libby Todd, wcielają się w poczucie innego świata, na skraju miasteczka Barbary (nawet jeśli scenariusz nie nadaje temu światu zbytniej głębi poza nienasyconym pożądaniem). Projektant oświetlenia, Jonathan Chan, również z talentem sugeruje obecność nadprzyrodzoności, kąpiąc Adamsona i jego współczesne czarownice w dziwacznym niebieskim blasku.
W miarę jak opowieść o miłości Johna i Barbary zmierza ku tragicznemu zakończeniu, książka Prince'a zwalnia tempo i skupia się na dość nijakim przesłaniu potępiającym małomiasteczkowość. To w sercu rzecz niezbyt skomplikowana moralna baśń, mało prawdopodobne, aby miała wpływ na widzów w takiej mierze, jak Oklahoma! w 1943 roku, ale mimo to stanowi intrygująco odkrytą perłę.
Dark of the Moon gra w Teatrze Charing Cross do 8 sierpnia
Zdjęcia: Tom Bowles