Dostępne języki
Lubiemy pomniki w naszym domu w Liverpoolu, choćby nawet bardzo odkryte, ale Brian Epstein potrzebował 55 lat, by dostać swój w miejscu urodzenia, choć nie w pełni w swoim akcencie. Ta nowa sztuka autorstwa Toma Wrighta w pewnym sensie wyjaśnia, dlaczego to najbardziej sentymentalne z miast tak długo zwlekało z uznaniem jednego ze swoich, rzadko kiedy związanego z Establishmentem, które nic mu nie dało.
Menadżer Beatlesów, ich guru biznesowy, kontrapunkt dla George'a Martina, ich guru muzycznego i Maharishi Mahesh Yogi, ich, cóż, po prostu guru, był outsiderem. Gejowski żydowski przedsiębiorca, który ukrywał swoje prawdziwe ja za drzwiami szafy i pod głosem, który, w przeciwieństwie do 99% tych, z którymi dorastał, nie zdradzał od razu jego pochodzenia, Epstein natychmiast identyfikował się z Johnem Lennonem. On także tak naprawdę nie wiedział, kim jest, jego dzieciństwo pękło z powodu tragedii, nieustannie rozdzierane przez przytłaczającą kreatywną wyobraźnię, ale bez miejsca, w które mogłoby to wszystko iść. Podobne rozpoznaje podobne i rozpoczął się burzliwy sześciotletni taniec rytualny, gdy dwaj młodzi mężczyźni ostrożnie się okrążali, a pieniądze napływały.
To nie jest analiza umów płytowych i gadżetowych, nie jest to analiza bezprecedensowego uznania krytycznego i komercyjnego ani analiza kulturowego wpływu Beatlesów - w przeciwieństwie do wielu sztuk i filmów tego rodzaju, można słusznie oczekiwać, że widzowie znają tę historię. Zamiast tego Wright odtwarza psychologiczną traumę geja złapanego w wir niewyobrażalnego sukcesu bez kompasu, bez wzorców, bez dostępnej terapii, aby przeprowadzić swą ścieżkę przez to wszystko. To, co jest niezwykłe, to nie to, że zginął tak tragicznie, sam w wieku 32 lat, ale że tak wielu z tych w orbicie zespołu przetrwało Seks, Narkotyki i Rock'n'Roll tak długo. Oczywiście, będąc zarówno gejem, jak i Żydem, zwiększało to jeszcze bardziej trudności w widzeniu kolejki lunaparkowej.
Calam Lynch przedstawia młodego Epsteina zmagającego się z niemożliwym dylematem, którego nigdy nie rozwiązał - jak zaspokoić swoje pragnienie przygodnych spotkań z wynajętymi chłopcami, będąc „normalnym” synem, którego wymagał jego ojciec klasy średniej i społeczeństwo jako całość? Te przeciwstawne siły na jego charakterze rozdzierały go, dopóki nie znalazł środka dla całej tej nagromadzonej energii w Lennonie, człowieku, który objął transgresję tak mocno, jak Epstein się jej bał.
Lynch spełnia trudne zadanie. Kreuje człowieka zarówno z jego czasów, jak i przyszłości - jego wizja strony biznesowej była tak innowacyjna jak Martina po stronie kreatywnej - ale jest także wrażliwy i słaby w obliczu prześladowców. Tak wiele razy chcesz krzyczeć z balkonów „Nie rób tego, kolego!” do człowieka z głęboką inteligencją, prawdziwym urokiem i mocnym zmysłem osądu we wszystkim oprócz życia prywatnego, dopóki nie przypomnisz sobie, że ledwie przeżył wystarczająco długo, by zobaczyć częściową dekryminalizację stosunków homoseksualnych w 1967 roku. Nigdy nie miał szansy być człowiekiem, którego był.
Drugą najważniejszą rzeczą o Johnie Lennonie jest to, że był draniem, zdanie wypowiedziane wcześnie i z mocą przez Noah Rittera w pełnej impetu, okrutnej roli geniusza. Łatwo zapomnieć o tej ocenie postaci, oślepionym legendą, piosenkami i zamachem, ale tutaj jest na pierwszym planie. Lennon Rittersa rzuca uszczypliwymi uwagami, wiedząc, że taka była „Eppy'ego” fascynacja, że może sobie na nie pozwolić i że trafiają one celnie. On także prowadzi go, dzieląc pokój w Torremolinos - równoległości z destrukcyjną zależnością Joe Ortona i Kennetha Halliwella są wyraźnie zauważalne.
Czy między nimi wydarzyło się coś fizycznego? Miało to znaczenie wtedy, prawnie i społecznie, ale teraz już nie, więc to w gestii dramaturga, by przedstawić to dwuznacznie, a to, co kiedyś mogło być kluczowym momentem, zanika, dosłownie i metaforycznie, w mroku.
_%20Credit%20-%20Mark%20Senior_.jpg)
Choć oś Epstein-Lennon jest centralnym wątkiem sztuki, jest miejsce na znakomity występ Eleanor Worthington-Cox jako pełnej temperamentu, ambitnej Cilli Black, która sprawdza płaszcze w Cavern Club i przyciąga uwagę oraz ucho Epsteina. Pozbawiony swej ślepoty na gorący blask Lennona, jest bardziej ludzki z młodą aspirującą piosenkarką, a jej praktyczność i humor wydobywają z niego to, co najlepsze, ujawniając człowieka, jakim mógłby być w innych czasach, zdetunowanego z nienawiści do samego siebie. Worthington-Cox równie dobrze radzi sobie jako Cynthia, znacznie zaniedbywana pierwsza żona Johna, i nie możemy się oprzeć wrażeniu, że jesteśmy nieco zawiedzeni, że śpiewa tylko raz.
William Robinson i Arthur Wilson robią co mogą w rolach cameo wśród niezwykle zgrabnych zmian scenografii pod kierunkiem Amit Sharma. Warto również wspomnieć o uderzających i dokładnych kostiumach Toma Pipera, które uzupełniają produkcję, która nigdy nie przestaje być interesująca.
Choć zrozumiałe jest, że kwestie praw mogą (przypuszczam) wykluczać rzeczywiste piosenki (choć na pewno złapałem nutę „Taxman” i „Tomorrow Never Knows” w muzyce towarzyszącej), w tej historii nie ma zbyt wiele rzeczywistych Beatlesów, krzyczące dziewczyny są bardzo poza sceną, a my nigdy nie widzimy 75% Faraona Czwórki.
Można by oczekiwać, że skupienie się tak mocno na osobistym związku między Epsteinem a Lennonem skieruje tę opowieść ku uniwersalnemu morałowi na temat nieuniknionych ofiar wśród tych, którzy są zmuszeni zaprzeczać swojej istotnej ludzkości żyjąc pod opresją, co bardzo przypomina nasze autorytarne czasy. A jednak, jakoś tak nie jest. Podejrzewam, że, zwłaszcza z tak dobrze znanymi i charakterystycznymi postaciami jak Lennon i Cilla (w mniejszym stopniu, Epstein także), sztuka jest ograniczona szczególnością tych ikonicznych postaci i przez występy, które ożywiają tych ludzi z taką wyrazistością.
To może być nieco surowe, ale większa historia - ta, którą trzeba opowiedzieć, tutaj, teraz - trochę się gubi w tej mniejszej, bo ta jest po prostu zbyt duża, aby ją pomieścić.
Please Please Me w Kiln Theatre do 29 maja
Fotografie: Mark Senior