Dostępne języki
![]()
Na wczorajszym koncercie Proms mieliśmy zaszczyt doświadczyć opery w operze Richarda Straussa Ariadne auf Naxos, która zawitała do stolicy prosto ze sceny w Glyndebourne.
Wieczór pełen komicznych manier oraz zderzenia wysokiej i niskiej sztuki ustępuje miejsca ekscytującym dwóm godzinom spędzonym w towarzystwie London Philharmonic Orchestra oraz pełnego składu śpiewaków. Pierwsza, krótsza część to prolog, w którym Kompozytor (mezzosopran Samantha Hankey, stosownie dramatyczna) jest zszokowany, gdy dowiaduje się, że na tę uroczystość na wysokim szczeblu zostanie wystawiona również niska opera buffa.
Gdy bogaty mecenas zarządza, aby oba przedstawienia odbyły się jednocześnie, ego zaczynają się ścierać, wkrada się panika, a scena zostaje przygotowana na drugi akt, gdzie rozgrywa się zabawa tego wieczoru. Prolog daje okazję do znakomitego komediowego występu Michaela Krausa i Ru Charleswortha, odpowiednio jako mistrz muzyki i tańca – pierwszy w powściągliwym stylu, drugi niczym wybuch brokatu.
Komediowe widowisko prowadzi Zerbinetta (oszałamiająca sopran Alina Wunderlin), która wzbudza zarówno pogardę, jak i fascynację Kompozytora. Jej występ to jeden z największych atutów spektaklu przepełnionego żywotnością, umiejętnościami i czystą radością. Strauss i librecista Hugo von Hofmannsthal współpracowali już wcześniej przy dwóch projektach: mrocznej, ponurej operze Electra oraz komicznej operze Der Rosenkavalier. W Ariadne auf Naxos łączą oba style w znakomity sposób.
W drugiej połowie produkcji - zaadaptowanej w formie półscenicznej z aktualnej produkcji Glyndebourne - na pierwszy plan wysuwa się Ariadne (wyśpiewywana i zagrana z przejmującym pięknem przez sopran Rachel Willis-Sørensen). Jej solowe arie są mocne, podobnie jak duety z Bachusem (tenor David Butt Philip, wyjątkowy). Tymczasem Zerbinetta i jej czterech klaunów zalotników (na czele z zakochanym, lecz przebiegłym Arlekinem barytona Mikhaila Timoshenki) oferują sprytne komiczne oddechy w parodii opery wielkiej.
Pierwotnym planem, gdy Strauss komponował tę operę, było dołączenie jej do dramatycznego dzieła Moliera. Gdy koncepcja ta nie przypadła do gustu publiczności, zastąpiono ją prologiem i w ten sposób powstała historia. Być może w ukrytym bogaczu w Wiedniu, który decyduje się na mieszanie gatunków, kryje się sprytny komentarz na temat gustu bogatych mecenasów, którzy wolą ryzykować niż przeżyć nudny wieczór.
Wizją Hofmannsthala w librecie było połączenie idei XVIII wieku i heroicznych postaci z arlekinkami i skaramuchem commedia dell'arte. Dochodziło do konfliktów z Straussem, który początkowo nie akceptował pomysłu prologu, natomiast librecista nie chciał obsadzić mezzosopranu jako Kompozytora. Do roku 1916 osiągnięto wersję satysfakcjonującą obie strony, z wspaniałymi momentami finałowymi, gdy Ariadne i Bachus obejmują się, a rozproszenia znikają w tle.
Dyrygent Robin Ticciati pozwala muzyce wspierać zarówno komiczne, jak i tragiczne elementy, oferując niezwykły tonalny kontrast od showstopperowej koloraturowej arii Zerbinetty ("Großmächtige Prinzessin") po tragiczną arię Ariadne ("Es gibt ein Reich").
Od początku do końca to prawdziwa uczta, z śmiechem i wspaniałymi głosami prowadzącymi do prawdziwego emocjonalnego szczytu, który unosi nas w letnią noc.
Przeczytaj naszą recenzję produkcji w Glyndebourne tutaj.
BBC Proms trwają w Royal Albert Hall do 12 września
Fot. Louise Penn