Dostępne języki

O Marilyn Monroe napisano 600 książek (na równi z Napoleonem, Szekspirem i Jezusem Chrystusem), a na scenie i ekranie powstało kilka jej portretów. Blondwłosa ikona kina pozostaje uwielbiana, a jej życie osobiste choć dobrze udokumentowane, wciąż owiane jest tajemnicą. Z jednej strony można nadać jej nowe znaczenia, jak na przykład w My Weekend With Marilyn. Z drugiej zaś strony, można skupić się na wyzyskujących aspektach, takich jak kontrowersyjny Blonde. Niestety, nowa sztuka Who Killed Marilyn? zdecydowanie plasuje się w tej drugiej kategorii.
W programie dyrektor Phillip Wm McKinley twierdzi, że sztuka pozwala widzom zdecydować, czy to, co widzą na scenie, jest prawdą, czy nie. Jednak podczas oglądania wydaje się, że decyzja została podjęta za nas. Zamiast samobójstwa lub przypadkowego przedawkowania, książka Sharleen Cooper Cohen opiera się na teoriach spiskowych zapoczątkowanych przez Milo Speriglio i Anthony’ego Summersa, według których Monroe została zamordowana z powodu swoich powiązań z rodziną Kennedych. Mimo iż opiera się na wieloletnich badaniach i podkreśla, że Monroe nie była głupią blondynką zakochaną w chłopcach, Cooper przedstawia jej życie z taką samą głębią jak streszczenie z Wikipedii – a nawet tam podczas moich badań Monroe prezentowała się bardziej złożona i pełna gracji.
Brak spójności w reżyserii McKinley’a przejawia się w chaotycznych, wręcz rażących przebłyskach – zarówno dzięki oślepiającemu oświetleniu Jacka Weira, jak i nijakiej scenografii Justina Williamsa – które przeskakują między chwilami tuż po śmierci Marilyn a serią wspomnień, które są co najwyżej absurdalne, a często wręcz ordynarne. Szybko dowiadujemy się, że zamiast ukazać skomplikowaną kobietę, która ostrożnie budowała swój publiczny wizerunek, Monroe przedstawiona jest jako postać definiowana przez mężczyzn wokół niej.
Przeskakując przez jej relacje z Joe DiMaggio, Arthurem Millerem, Johnem F. i Bobem Kennedym – zupełnie pomijając jej pierwsze małżeństwo z Jamesem Doughertym, które zawarła jako szesnastolatka – oraz jej powiązania z mafią, dialogi brzmią jak wyciągnięte prosto z ChatGPT, nie pozostawiając miejsca na inne fascynujące aspekty życia Monroe, takie jak jej relacja z chorą psychicznie matką. Sztuka niemal oferuje niuans w dwóch pełnych pasji monologach o jej perfekcjonizmie przed kamerą oraz o epifanii podczas ostatniej sesji terapeutycznej, ale wtedy jest już za mało i za późno. Wzmianki o rzekomych aborcjach, o których nie ma żadnych historycznych dowodów, a zwłaszcza o tym, że miała być do nich zmuszana, wypadają wyjątkowo nietaktownie, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej endometriozę i poronienia.
Photo credit: Pamela Raith
Popowa piosenkarka Pixie Lott wciela się w Monroe, a choć jej wysiłek jest godny pochwały, nie ratuje ona materiału. Przynajmniej wygląda odpowiednio, stylizowana na Marilyn z jej bujną blond fryzurą i czerwonymi ustami dzięki peruce i makijażowi JJ Wigs, lecz ubrana w plastikowo wyglądającą białą bluzkę i spodnie autorstwa Jasmine Swan, które bardziej przypominają Sandy z Grease niż dziewczynę z The Seven Year Itch. Krocząc po scenie i rzucając zalotne spojrzenia do publiczności, jej ciepły i miękki głos znany z filmów nie jest w stanie ukryć faktu, że oglądamy karykaturę, co najlepiej ilustruje jej jedyny muzyczny moment – wykonanie Happy Birthday Mr President.
Pozostała część obsady niestety nie wypada lepiej, wielorako wcielając się w postacie przypominające wymuszonych bohaterów kreskówki, ubranych w niebieskie garnitury z dziwnymi plamami. Paul Kane próbuje dodać uroku postaci Bobby’ego Kennedy’ego, a Ben Dilloway stara się coś wycisnąć z postaci Arthura Millera. Najgorszy materiał przypada gangsterom i agentom FBI, przy czym Martin Hancock niestety oferuje najbardziej karykaturalne wcielenie szefa mafii jako Sama Giancanę.
W czasach, gdy media nadal obsesyjnie skupiają się na młodych problematycznych kobietach z Hollywood, można by uznać, że istnieje uzasadnienie dla etycznego przeanalizowania śmierci Marilyn Monroe. Tymczasem Who Killed Marilyn? staje się tym, co sama próbuje skrytykować. Może zatem pytanie wokół śmierci Monroe nie powinno brzmieć „Kto ją zabił?”, lecz raczej „Dlaczego nie pozwalamy jej spocząć?”
Who Killed Marilyn? grane jest w The Emerald Theatre do 29 października.
Photo credits: Pamela Raith