Dostępne języki
Oczywiście były filmy, szczególnie
Rzeczywiście, jedną z zalet książki Vikki Stones jest to, że nie próbuje robić zbyt wiele i nie tonie przed wypłynięciem z banalnymi charakterystykami, wolnym wątkiem i cienką podstawą, które skazują wiele takich przedstawień na dno. „Lepiej by było jako koncert lub show w hołdzie” to zasmucająca, ale zbyt powszechna pierwsza myśl o nowym musicalu, co zawsze jest jednym z najtrudniejszych numerów do wykręcenia w teatrze.

Wkraczamy w szary świat prowincjonalnej Anglii lat 60. Londyn może być pełen życia, z Mary Quant definiującą styl na Carnaby Street oraz Beatlesami i Rolling Stonesami reinterpretującymi czarną muzykę amerykańską dla białej brytyjskiej publiczności w eleganckich klubach i w telewizyjnym Jukebox Jury, ale to jest daleko od piątkowych frytek na molo w Clacton.
Robbie to wie, ale spędza czas w sklepie płytowym, gdy nie aplikuje półserio o pracę i czerpie wiele radości z hitów na siedmiocalowych winylach. Jego dziewczyna, Caroline (jakże by inaczej!), pracuje w sklepie z owocami i warzywami, mając oczekiwania na założenie rodziny - tak wtedy robiły robotnicze dziewczyny, nawet w wieku dwudziestu kilku lat - ale jest inteligentna i rozumie nowy świat kultury młodzieżowej lepiej niż większość.
Niezbyt dobrze jak Declan i Kitty. Dostrzegają wschodzącą kulturę młodzieżową i jej finansową siłę, wiedząc, że jeśli uda im się ją zdobyć, reklamodawcy podążą za nimi. Ich kluczem jest łódź zakotwiczona u wybrzeży (czyli poza nieco zbyt krótką ręką prawa), która nadaje do milionów radii tranzystorowych w pokojach dzieci i kuchniach gospodyń domowych. Ale Whitehall nie dba o tych „piratów” i toczy z nimi wojenną wojnę, zwłaszcza z Radiem Caroline, które ostatecznie zamyka. Zamiast tego uruchamia Radio One (na 275 i 285 falach średnich, szczegółu, którego nie musiałem szukać).
Pierwsza połowa przedstawienia w dużej mierze poświęcona jest ucieczce Robbiego na morze, jego złym żartom jako DJ (tak, jest w nim więcej niż odrobina Tony'ego Blackburna - a Tony Blackburn był, i wciąż jest, świetnym DJ-em). Wkrótce adoracja ze strony nastolatków i pieniądze spływają w jego kierunku, ale godziny są długie. Jake Halsey-Jones uchwyca niespodziewane spełnienie marzeń Robbiego i wykonuje jego piosenki w otoczeniu zespołu wirtuozów-aktorów, którzy przewijają się przez różne instrumenty i role wspierające w oszałamiającym tempie.
Przedstawienie nabiera pełni w drugiej połowie, w której Claire Lee Shenfield jako Caroline staje się osią, wychodząc za mąż (no prawie) na samej łodzi, z dzieckiem w drodze. Jej wokale są wspaniałe, tak mocne, jak jakiekolwiek, które usłyszysz na scenie West Endu, a ponadto udaje jej się zrealizować trudne zadanie nadania znanym piosenkom emocjonalnego ciężaru, którego wymaga Teatr Muzyczny.
W tym zadaniu Shenfield ma znaczną pomoc od reżysera, Douglasa Rintoula, i kierownika muzycznego, Paula Schofielda, którego aranżacje często spowalniają tempo znanych melodii, aby pozwolić na wydobycie patosu. Prawda jest taka, że produkcja mogłaby bardziej skupić się na zasadach teatru muzycznego i nieco zmieszać muzykę z powrotem, aby głosy mogły silniej się wyróżniać. Piosenka pop, nawet wspaniała, jak „Czy nie byłoby miło” może skompresować swoją historię w trzy wspaniałe minuty, ale musical musi łączyć piosenki i znaleźć wątek narracyjny między nimi - do tego naprawdę musimy je usłyszeć głośno (zalecane) i wyraźnie (niezbędne).
Inne hity w zestawieniu to piękne „Jesteś moim światem” (gdyby Cilla mogła to zaśpiewać w ten sposób!), rockowy kawałek życia klasy robotniczej na otwarcie przedstawienia z „Dead End Street” The Kinks oraz delikatna wersja „What Becomes Of The Brokenhearted” Jimmy'ego Ruffina. Zawsze przyjemnie jest w takim przedstawieniu nie znać listy utworów (że tak powiem), aby być zaskoczonym kolejną wspaniałą piosenką i tym, jak została wpleciona w historię.
W połowie tury regionalnej, nie trudno zobaczyć, jak to przedstawienie, z kilkoma poprawkami tutaj i tam, trafi do średniej wielkości miejsca w Londynie lub na tournée po Wielkiej Brytanii. Zachowaj super Caroline pani Shenfield i może daj jej więcej do zrobienia niż tylko narzekanie na frytki w pierwszej połowie, a może znajdź trochę więcej humoru w opowieści, i będzie wielu chętnych na miejsca biorąc pod uwagę tę ścieżkę dźwiękową.
Caroline w Teatrze Hornchurch do 16 maja i w trasie
Zdjęcia: Will Green