Bezsenne noce, przerywany sen, pocenie się, w strachu przed nadchodzącym dniem. Ciągłe zmęczenie, gdy twoje życie kurczy się do rozmiaru twojego coraz bardziej zaniedbanego mieszkania, a dotychczasowe standardy higieny stają się niemal niemożliwe do utrzymania. Najbardziej z nich wszystkich to fakt, że źródło całego tego chaosu ciągle cię przyciąga, uzależnienie, którego nie potrafisz zerwać, nie daje ci spokoju.
Nie udało mi się zobaczyć Trainspotting w kinie, ponieważ wtedy byłem rodzicem 24/7 i nie miałem miejsca na dawkę kultury, która mogłaby ulżyć napięciu.
Mark Renton i jego kumple narkomani (ten plakat filmowy był ikoniczny, prawda?) dobrowolnie – no, w pewnym sensie – osiągają stan, który opisałem powyżej, nie mając dziecka na utrzymaniu, szukając czegoś, czegokolwiek, co przerwie monotonię życia w Leith, podobnie jak Liverpool, wczesna ofiara postindustrializmu. To miasto przy Edynburgu (ale jakże inne) zostało porzucone, zanim większość kraju zdała sobie sprawę, że sama zmierza donikąd. Wiemy to, ponieważ w przedstawieniu, które nie lubi zostawiać niczego niedopowiedzianego, a to, co powiedziane raz, powtarza wielokrotnie, jest nam to często powtarzane.
Pierwszy raz spotykamy naszą barwną grupę w klubie społecznym, gdzie niemal można poczuć lepkość stołów, zobaczyć żółknięcie ścian po wieloletnim chłonięciu nikotyny, a brak telefonów i dymienie jest skuteczniejsze niż datowanie węglowe w krzyku „To wczesne lata 90!”. Od tamtej pory to także seks, narkotyki i rock'n'roll, a ich największy kapłan, Iggy Pop, ponownie użycza swojej "Lust for Life" tej historii.
To jest pierwsza z dwóch przeszkód, które od początku hamują spektakl. Śpiew, jak często bywa w jukeboxowych musicalach (tutaj to pół-jukebox), jest nieco niedokładny, ponieważ rockowe utwory rzadko wymagają precyzji wokalnej, jaką wymaga teatr muzyczny.
Problem ten pogłębia niemal nie do pokonania dylemat takiego przedstawienia – akcenty. Jako osoba z wyraźnym robotniczym akcentem mogę powiedzieć, że gdy jadę do Szkocji, potrzeba kilku godzin, by przyzwyczaić ucho do rytmu mowy, szybkości wypowiedzi i różnic w samogłoskach. Oczywiście, by rezygnować z jakiegokolwiek elementu osadzenia Trainspottinga w swoim czasie i miejscu byłoby zdradą, ale nawet dorastając bliżej Glasgow niż Londynu naprawdę trudno zrozumieć dialogi.
Potrzeba wszelkiej możliwej pomocy, ponieważ na scenie jest zawrotna ilość chłopaków i innych postaci do śledzenia, wprowadzanych przez Rentona, podobnie jak Dickens, za pomocą krótkich portretów. Jednak jest ich tak wiele, zwłaszcza że pojawiają się także niektórzy rodzice, że trudno wszystkie zapamiętać, a mimo ponad dwugodzinnego czasu trwania spektaklu, nie ma dla nich zbyt wiele miejsca na rozwój poza stereotypami.
Mamy więc tego kłótliwego, Begbiego (Frankie O’Connor, który wygląda i chodzi jak Mark Rylance w Jerusalem), kobieciarza, Sick Boya (Sheridan Townsley, zdecydowanie najlepszy śpiewak na scenie) i naiwnego, idealistycznego Tommy'ego (Finlay Paul), którego koniec jest wyraźny od samego początku. Kobiety nie mają łatwo, są przynajmniej częściowo obwiniane za nadmierne ryzykowne zachowania chłopaków. Rosie Dignan i Sophie Hutchinson robią, co mogą jako Alison i Lizzie, ale są to naprawdę płytkie postacie w przedstawieniu o płytkich charakterach.
Lewis Kidd ma najlepsze szanse na nawiązanie kontaktu z widownią jako Renton, ponieważ jest zarówno głównym bohaterem, jak i narratorem, a jego postać emanuje urokiem, lecz zastanawiałem się, dlaczego jestem ciągle zaskoczony jego poczynaniami, szczególnie pod koniec. Częściowo może to wynikać z faktu, że należę do mniejszości, która nie widziała ani filmu, ani nie czytała książki, ale głównie to efekt epizodyczności wydarzeń, które następują po sobie, przełomowych momentów mijających jak strzały w barze.
Pomiędzy nawiązaniami do soundtracku filmowego, Stephen McGuinness i Irvine Welsh napisali nowe piosenki o różnej jakości. Musieli być bardzo zadowoleni z „The Eckies And The Brown”, jeszcze bardziej naszpikowanego wulgaryzmami niż pozostałe, bo dostajemy ten dziwaczny taniec liniowy w kostiumach Swiftie dwa razy. Przypuszczam, że komuś musiało się to podobać.
To właśnie tu leży największy problem produkcji, z którym doświadczona reżyserka, Caroline Jay Ranger nie potrafi sobie poradzić – to pierwszy musicalowy projekt Welsh'a i McGuinnessa. Jak wielu artystów odnoszących sukcesy w innych dziedzinach (co widać w wielu spektaklach, które oglądałem przez lata), podejrzewam, że nie docenili, jak trudne jest tworzenie w tym gatunku, nawet przy tak silnym IP i rozpoznawalności nazwiska. Nie jest to do końca projekt czysto dla zaspokojenia własnej próżności – widać zbyt dużo ciężkiej pracy, by taki wyrok wydać – ale całkiem blisko.
Nie są pierwsi, którzy się o tym przekonali i nie będą ostatni.
Trainspotting w Theatre Royal Haymarket do 5 września i w trasie
Zdjęcia: Matt Crockett