Dostępne języki
![]()
Ponieważ Tilly No-Body: Katastrofy Miłości ma na pierwszy rzut oka wszystkie elementy dobrego jednoosobowego przedstawienia: podróż kobiety do zdobycia nowej autonomii, intrygujący wątek historyczny oraz niezwykle interesującą wykonawczynię. Patrząc na te składniki, zastanawia, jak mało ta sztuka ma do powiedzenia.
Pisarz i wykonawczyni Bella Merlin przedstawia Tilly Wederkind, żonę i muzę Franka Wedekinda, niemieckiego dramaturga najbardziej znanego z Przebudzenia wiosny, seksualnie transgresyjnej sztuki z 1891 roku, która zainspirowała hitowy musical. W trakcie ich małżeństwa Tilly traci kontrolę nad swoją tożsamością w obliczu zazdrości Franka, wielokrotnych zdrad i przemocy fizycznej; wszystko to przy jednoczesnym poświęceniu się roli Luli, powracającej postaci w twórczości Franka, a ostatecznie także sfikcjonalizowanej – i silnie seksualizowanej – wersji samej siebie.
Merlin, wyraźnie zafascynowana napięciem między radykalnym traktowaniem kobiet przez Franka na scenie a jego historią przemocy domowej, w swoim pisaniu nieustannie przeskakuje między wewnętrznym monologiem Tilly a pismami Franka o seksualnie skrzywdzonych kobietach, a potem znów. W zatartej strefie prawdy i fikcji znajduje się także fakt, że Merlin sama grała Lulę kilka dekad temu, również w trakcie toksycznego związku.
Jednakże Merlin wydaje się utknąć w kwestii wychodzenia poza mere ukazywanie traumy. Rzeczywistość przemocy domowej nie jest ukazana w niczym bardziej wyrafinowanym niż Tilly, która naśladuje diabła – dosłownego, z rogami – by reprezentować swojego męża. Jeszcze gorsze są mandolinowe melodie, skomponowane przez Merlin, które wydają się przerywać każdy poważny moment przemocy, jak jeden z nich, w którym powtarzane są sceniczne szeptania słowa „samobójstwo”.
Ta mrocznie humorystyczna interpretacja mogłaby być równoważona głębszym zbadaniem koncepcji, że Tilly odgrywa karykaturalną wersję samej siebie na scenie. Jednak pomysł wykorzystania fragmentów sztuk Franka jest słabo zbadany; zamiast tego Tilly ciągle, irytująco przypomina widowni, że część tego, co słyszą, nie są jej dokładnymi słowami.
W zakończeniu spektakl wydaje się tonalnie zagubiony pomiędzy stwierdzeniem, że małżeństwo Tilly to skomplikowana relacja odkupiona na łożu śmierci Franka, a charakterem Tilly jako ocalałej, której śmierć męża dała siłę do rozpoczęcia nowego życia. Oba te aspekty mogą oczywiście być prawdziwe, ale przedstawienie jako całość wydaje się niepewne, jak poważnie traktuje cierpienie Tilly.
Słabości w pisaniu Merlin są zrehabilitowane przez jej maniakalną energię jako wykonawczyni, poruszającej się jak prima ballerina, która powoli się rozpada. Istnieje również pewna świadomość w jej wersji Tilly, jakby ta kobieta była stale świadoma tego, jak jest postrzegana. Gdy zaczyna wyciągać wypełnienie z swojego ciałka w kolorze skóry – kostiumy Maggie Morgan są doskonałe – wydaje się, że odsłania prawdziwe ja.
Podobnie, wizja projektanta sceny Kerry Jonesa, przedstawiająca dekadencki, rozkładający się cyrk, sugeruje bardziej interesujące pomysły dotyczące natury występu, niż te, które można znaleźć w scenariuszu. Miles Anderson – również mąż Merlin – reżyseruje, a jego zabawne podejście, pełne jack-in-the-boxów i lalek Punch i Judy, jest przyjemne w oglądaniu, nie będąc przy tym kiczowate, nadając wizualne zainteresowanie historii, która w przeciwnym razie ma trudności z zbalansowaniem humoru i ponurości.
Tilly No-Body jest wyraźnie projektem pasjonackim, z konkretną wizją tego, kim była Tilly Wederkind. Mimo to wciąż czuję większą złość z powodu trywializacji przemocy domowej niż empatię dla Tilly.
Tilly No-Body: Katastrofy Miłości gra w Teatrze Arcola do 25 lipca
Źródła zdjęć: Barry Schwartz